Trzy postawy

Bo trzy postawy są możliwe dla człowieka: albo ktoś jest poddany namiętnościom, albo je powściąga, albo je wykorzenia. Poddany namiętności jest ten, który spełnia jej uczynki i podtrzymuje ją w sobie; powściągający namiętność to ten, który ani jej nie ulega, ani jej nie wykorzenia, ale dla rozumowych przyczyn działa inaczej, nadal jednak namiętność ma w sobie; a wykorzenia namiętności ten, który walczy z nią i spełnia uczynki jej przeciwne.

Te trzy postawy mogą przejawiać się bardzo różnie. Wybierzcie więc jakąś inną namiętność, którą chcecie, a zobaczymy to na jej przykładzie. Chcecie mówić o pysze? Chcecie o nieczystości? Czy może raczej chcecie, abyśmy pomówili o próżności, bo bardzo jej ulegamy? Oto z próżności człowiek nie umie słuchać spokojnie słów swego brata. Usłyszy jedno słowo i już się oburza odpowiadając pięć, albo i dziesięć za jedno; kłóci się, niepokoi innych, a nawet po zakończeniu kłótni wciąż chowa w sercu złe myśli przeciw temu, od którego to słowo usłyszał, i trwa w urazie, i martwi się, że jeszcze nie odpowiedział więcej. Przygotowuje słowa jeszcze gorsze na odpowiednią okazję i wciąż sobie powtarza: „Dlaczego nie powiedziałem mu tak a tak? Jeszcze i to mam mu do powiedzenia!” I tak trwa w szaleństwie. Oto jedna postawa, postawa człowieka posiadającego namiętność w stopniu nałogowym. Niechże nas Bóg wyzwoli z takiej postawy ściągającej na nas karę, bo wszelkie zło uczynkiem wykonane zasługuje na piekło. Taki człowiek, choćby i chciał się nawrócić, nie zdoła sam opanować namiętności, chyba że uzyska pomoc świętych, jak to i Ojcowie mówili. Dlatego zawsze wam powtarzam: starajcie się wyrwać z namiętności, zanim przejdzie ona w nałóg.

A bywa taki, który usłyszy słowo i najpierw się oburza i odpowiada pięć albo i dziesięć słów za jedno, i martwi się potem, że nie dodał jeszcze innych, trzykroć gorszych; chowa żal i urazę, po paru dniach jednak mu to przechodzi. Inny trwa w gniewie tydzień, innemu przechodzi na drugi dzień; inny jeszcze unosi się i kłóci, siebie i innych rozdrażnia, ale za chwilę już mu przechodzi. Oto jakie bywają różnice w tej sprawie. Wszyscy ci ludzie ściągają na siebie karę piekła, ponieważ pełnią zło.

Powiedzmy także i o tych, którzy powściągają namiętności. Bywa taki człowiek, który na usłyszane słowo martwi się w duszy. Ale się martwi nie z tego powodu, że go upokorzono, ale że nie umiał znieść tego. Taki człowiek należy do walczących, do powściągających namiętności. Inny walczy i trudzi się, ale w końcu upada pod ciężarem namiętności; inny nie chce odpowiedzieć złym słowem, ale ulega przyzwyczajeniu; inny stara się w ogóle nic złego nie mówić, ale martwi się, że go upokorzono; jednak zdaje sobie sprawę, że się z tego martwi i żałuje tego. Inny nie martwi się z upokorzenia, ale się i nie cieszy. Oto ci wszyscy starają się powściągać namiętność. Dwaj z nich jednak różnią się od reszty, ten mianowicie, który ulega w walce i ten, którego pokonuje przyzwyczajenie. Narażają się oni bowiem na te same niebezpieczeństwa, co ci, którzy pełnią zło. Zaliczyłem ich do powściągających namiętność dlatego, że przeciwstawiają się jej w swoich planach i nie chcą pełnić jej uczynków, ale martwią się i walczą. A mówili Ojcowie, że to wszystko, czego dusza nie chce, trwa krótko. Tacy powinni zrobić rachunek sumienia, żeby stwierdzić, czy nie trwa w nich – jeśli już nie sama namiętność, to przynajmniej jakaś przyczyna namiętności i czy to nie przez nią upadają i ulegają.

A są i tacy, którzy usiłują powściągnąć namiętność, ale z powodu innej namiętności. Ktoś z próżności potrafi milczeć; inny dla przypodobania się komuś, albo w innej jeszcze złej intencji. Tacy leczą grzechem grzech. Otóż powiedział ojciec Pojmen, że złem nigdy zła się nie zwalczy. Tacy więc należą do pełniących uczynki namiętności, choćby się łudzili, że jest inaczej.

Wreszcie chcemy powiedzieć i o wykorzeniających namiętności. Bywa taki, który nawet cieszy się z doznanej wzgardy, ale dla nadziei nagrody. Ten należy do wykorzeniających namiętności, ale nie robi tego mądrze. Inny cieszy się, gdy nim gardzą i uważa, że powinien doznawać wzgardy, ponieważ sam dał do tego powody. Ten wykorzenia namiętności mądrze, ponieważ znoszenie pogardy i branie winy na siebie i przyjmowanie wszystkiego, czego się doznaje, jako należnego sobie, to znak mądrości. Bo każdy, kto modli się do Boga: „Panie, daj mi pokorę” – powinien wiedzieć, że modli się o to, żeby mu Bóg zesłał kogoś, kto go upokorzy. Więc kiedy go ktoś upokarza, powinien i sam siebie upokorzyć i wzgardzić sobą we własnych myślach, aby tamten upokorzył go z zewnątrz, a on sam siebie wewnątrz. Bywa i taki, który nie tylko cieszy się z doznanego upokorzenia i nie tylko obwinia siebie, ale jeszcze i martwi się o tego, który go upokorzył, że doznał niepokoju. Niech nas Bóg prowadzi do takiej postawy!

Widzicie, jaka rozmaitość zachodzi w każdej z tych trzech postaw. Niechże więc każdy z nas, jak powiedziałem, pozna, jaka jest jego postawa. Czy dobrowolnie pełni wciąż uczynki namiętności i trwa w niej? A może robi to samo, ale nie dlatego, że chce, a tylko ze słabości ulega w walce? A może zwycięża go przyzwyczajenie i martwi się, i żałuje uczynku? A może stara się namiętność zwalczać mądrze, czy też pod wpływem innej namiętności? Jak mówiliśmy, że bywa taki, który milczy z próżności, albo dla przypodobania się komuś, a mówiąc krótko: dla jakiegoś ludzkiego względu. A może zaczął wykorzeniać namiętność; czy wykorzenia ją mądrze, postępując w sposób jej przeciwny? Niech każdy pozna, gdzie jest: na której mili.

Bo powinniśmy robić rachunek sumienia nie tylko z dnia, ale i okresowo, np. co miesiąc, co tydzień. Należy mówić: „W zeszłym tygodniu tak a tak ulegałem takiej a takiej wadzie, a jak jest obecnie?” Podobnie, co jakiś czas: „W zeszłym roku ta a ta wada miała nade mną przewagę, jak jest teraz?” I tak wciąż badać siebie, czy postąpiliśmy naprzód, czy może pozostaliśmy tacy sami albo nawet staliśmy się gorsi.

Niech nam Bóg da siłę, jeśli już nie do wykorzeniania namiętności, to przynajmniej do tego, żeby nie pełnić jej uczynków, ale ją powściągać. Bo naprawdę straszna to rzecz ulegać namiętności bez walki. Pokażę wam do kogo jest podobny ten, kto ulega namiętności i trwa w niej: podobny jest do człowieka, którego wróg strzela, a on własnymi rękami chwyta te strzały i wbija je sam w swoje serce. A opierający się namiętności podobny jest do człowieka, do którego wróg strzela, ale on ma na sobie pancerz i strzały go nie dosięgają. Ten zaś, który namiętności wykorzenia, podobny jest do człowieka, który chwyta strzały i kruszy je, albo posyła je w serce wroga, jak powiedziano w psalmie:

Ich miecz przeszyje własne ich serca,
a łuki ich będą złamane.

Starajmy się więc i my, bracia, jeśli nawet nie potrafimy jeszcze zwrócić ich miecza w ich serce, przynajmniej nie chwytać i nie wbijać we własne serce ich strzał, ale okryć się zbroją, aby nas nie zranili. Dobry Bóg niech nas od nich strzeże, niech nas nauczy czujności i prowadzi nas po swojej drodze. Amen.


Fragment z dzieła Pisma ascetyczne. O auotrze: Św. Doroteusz z Gazy (VI w.), pochodził z Antiochii, gdzie też otrzymał staranne wykształcenie. Około roku 525 wstąpił do położonego koło Gazy (Palestyna) klasztoru, kierowanego przez abba Seridosa. Stał się uczniem dwóch wielkich mistrzów-rekluzów: Jana i Barsanufiusza. We wspólnocie pełnił różne obowiązki: odpowiedzialnego za przyjmowanie podróżnych i gości, opiekuna chorych oraz szpitala, a z czasem również wychowawcy nowych kandydatów. Być może po śmierci mistrzów oraz Seridosa (ok. 540 r.) założył nowy klasztor. Pozostawił zbiór konferencji oraz listów.

Pomóż nam wydać Opowieści pielgrzyma w wersji audio. Zostań naszym patronem. O naszych celach dowiesz na stronie Patronite.

Otrzymuj fragmenty na skrzynkę e-mail

Kilka słów…

Ruch monastyczny, który narodził się w IV w. w Egipcie, bardzo szybko rozprzestrzenił się na inne obszary ówczesnego świata. Wyrażał się w różnorodnych formach: byli zatem pustelnicy żyjący samotnie na pustyni, w skalnych grotach czy w lasach, wędrowni kaznodzieje i misjonarze, wreszcie mnisi żyjący we wspólnotach, według wskazówek duchowego mistrza, lub z czasem spisanej reguły. Wszystkich ich natomiast łączyło szczere pragnienie dążenia ku Bogu, realizowania w życiu codziennym wskazań Ewangelii. Słowa Chrystusa zapisane w Ewangelii, które pociągnęły do pójścia na pustynię w 2. poł. III w. młodego Antoniego: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko co masz, potem przyjdź i chodź za mną”, tak samo oddziaływały w kolejnych stuleciach, skłaniając wielu do porzucenia dotychczasowego sposobu życia. Nie znamy ich wszystkich z imienia, niektórych upamiętnia tylko samo imię, o innych napisano poematy czy żywoty. Wielu Kościół oficjalnie ogłosił jako świętych, wskazując ich jako wzór albo przykład do naśladowania, lecz także jako orędowników dla tych, co pośród codzienności szczerze szukają Boga, aby wstawiali się za nimi przed Tronem Najwyższego... Więcej

Co dalej?

Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec od początku swego istnienia (1991) stara się przedstawiać i promować najbardziej interesujące i wartościowe teksty z tradycji duchowej chrześcijaństwa czerpiącej obficie z doświadczenia mnichów. Poprzez nasze publikacje pragniemy pokazać, że mądrość minionych pokoleń jest olbrzymim bogactwem, które warto poznawać i z którego warto czerpać także obecnie. Tradycja jest jak wino – gdy się zestarzeje z przyjemnością się je pije (por. Syr 9,10). Siłą tradycji monastycznej, decydującej o jej nieprzemijalności i aktualności, jest gleba z której ona wyrasta: autentyczne doświadczenie Boga i własnej ograniczoności. O życiu dawnych mnichów i ich nauce czytamy w Apoftegmatach Ojców Pustyni i w Rozmowach z Ojcami św. Jana Kasjana. Szczególnie wartościowe są pisma Ewagriusza z Pontu, którego dzieła we fragmentach znajdziemy w Filokalii. Więcej publikacji